W tym roku plan wyjazdu w Bieszczady pojawił się w mojej głowie dość późno – dlatego też, musiałem wybrać termin nie najbardziej mi pasując a taki, w którym udało mi się zarezerwować jeszcze miejsce w hotelu w Ustrzykach Górnych. Wypadło na trzeci tydzień Września – stanowczo za wcześnie na pełny jesiennych kolorów krajobraz Bieszczad ale za to już połoniny pełne żółto-piaskowych traw oraz czerwieniejących porostów. Do Ustrzyk Górnych dotarłem w sobotę, tak więc na niedzielę zaplanowałem pierwszą wyprawę.

Z Mucznego na Bukowe Berdo, Tarnicę i Szeroki Wierch

Na pierwszy dzień wybrałem trasę, której nie znałem – nigdy wcześniej nie byłem w Mucznym oraz nie przechodziłem przez Bukowe Berdo. Na sam początek miałem szczęście – chwilę po wyjściu z hotelu złapałem busa jadącego do Mucznego – co nie jest rzeczą prostą – współpasażerowie organizowali grupę przez ponad godzinę. Z Mucznego ruszyłem na Bukowe Berdo, z którego rozpościerają się piękne widoki na wszystkie połoniny, Tarnicę a także Halicz i Krzemieniec. Następnie przez przełącz Goprowców wlazłem na Tarnicę, gdzie ze względu na tłum ludzi posiedziałem tylko chwilę i udałem się w drogę powrotną do Ustrzyk przez Szeroki Wierch.

Połonina Caryńska i Wetlińska

Drugiego dnia postanowiłem przejść obie wielkie połoniny. Zacząłem z Ustrzyk Górnych wejściem na Caryńską. Pogoda tego dnia – choć jeszcze słonecznie zaczęła zdradzać drobne symptomy nadchodzącego załamania. Po szybkim przejściu Caryńskiej zszedłem do Brzegów Górnych skąd po chwili odpoczynku rozpocząłem wspinaczkę na Połoninę Wetlińską – trzeba przyznać, że to wejście jest bardzo ostre i męczące. Tym nie mniej, po półtorej godzinie piłem już herbatę z sokiem i pomarańczą w Chatce Puchatka. Przejście całej połoniny zajęło mi kolejne planowe 2 godziny – po czym zszedłem do Wetliny gdzie już po jakiś 40 minutach udało się zebrać ekipę na busa do Brzegów, skąd to złapałem stopa do Ustrzyk. Dzień bardzo widokowy ale i ciężki.

Beniowa

Kolejny dzień przywitał mnie porannym pokaźnym deszczem, a prognoza wcale nie wskazywała jakoby miało być lepiej. Dlatego też rano wybrałem się do Cisnej aby korzystając z gorszej pogody zrobić zdjęcia kolejki Bieszczadzkiej na odcinku z Majdanu do Balnicy. Pogoda okazała się lepsza niż się spodziewałem. Po powrocie wybrałem się jeszcze do Beniowej – jednej z setek nieistniejących już wsi w Bieszczadach. Beniowa leży przy samej granicy z Ukranią – dojechać tam można przez Muczne, Tarnawę do parkingu BPN w Bukowcu – dalej około 3km piechotą. Beniową zamieszkiwało przed wojną ponad 600 mieszkańców – wieś została spalona i zrównana z ziemią przez UPA chwilę po zakończeniu wojny. Obecnie pozostały jedynie fundamenty cerkwii oraz zabezpieczone balami stare studnie.

Dział

Choć prognozy wskazywały na to, że powinno się wypogodzić – następny poranek przywitał mnie deszczem. Po drobnej konsultacji z mapami radarowymi postanowiłem jednak ruszyć na Dział. Złapałem (nie bez odpowiedniej dawki oczekiwania) bus’a do Wetliny skąd znanym mi dobrze szlakiem ruszyłem na Dział, którym to miałem dotrzeć aż do Małej i Wielkiej Rawki. Mnie więcej do połowy drogi towarzyszył mi deszcz a momentami grad. Na szczęście po jakiś 2 godzinach zaczęło się przejaśniać, co poza zdecydowanie lepszym humorem zapewniło również widoki na podnoszące się z gór chmury. Wiało okrutnie i dlatego tylko chwilę posiedziałem na Wielkiej Rawce skąd długim leśnym zejściem wróciłem do Ustrzyk.

Tarnica, Halicz, Rozsypaniec

Na ostatni dzień wybrałem standardową pętlę Bieszczadzką czyli wejście na Tarnicę z Wołosatego, następnie przejście połoniną Bukowską – czyli Kopa Bukowska, Halicz i Rozsypaniec a na koniec zejście z przełączy Bukowskiej do Wołosatego (tą okropną 7-kilometrową asfaltowo-kamienistą drogą). Pogoda sprzyjała, ale tak mniej więcej od Halicza zacząłem się spieszyć – z zachodu zaczęły zbliżać się ciężkie deszczowe chmury. Nawet trochę dziwiłem się ludziom idącym w przeciwną stronę – wszakże do najbliższego schronienia mieli przed sobą dobre 3,5h drogi przez góry. Tym nie mniej deszcz złapał mnie dopiero jak wsiadłem do samochodu w Wołosatem.

Choć cywilizacja zbliża się do Bieszczad ogromnymi krokami (w Ustrzykach można w każdym sklepie i knajpie płacić kartą) to jednak nadal jest to trochę koniec świata, który uwielbiam. Choć zmęczony – wróciłem wypoczęty i bardzo zadowolony. W przyszły roku wrócę w październiku.

4 Odpowiedzi do “Wrześniowe Bieszczady”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *