Wygląda na to, że właśnie nadeszła największa rewolucja w moim parku fotograficznym – trochę niespodziewanie, z drugiej strony trochę późno (co oczywiście widoczne jest tylko z obecnej perspektywy).
W skrócie – postanowiłem przenieść się na bezlusterkowca. Dlaczego – głównie dlatego, że gdzieś po drodze przegapiłem, że mój obecny sprzęt dawno przestał spełniać swoją rolę. Przez wiele lat głównym kryterium selekcji sprzętu był wszechobecny w mojej fotografii spotting, który rządzi się niestety dość specyficznymi prawami (zarówno pod względem wymogów sprzętowych jak i w ogóle podejścia do „fotografii” – cudzysłów z premedytacją). W trakcie tegorocznych wakacji zdałem sobie sprawę, że większość mojego bagażu miejskiego oraz „wędrownego” stanowi sprzęt fotograficzny w wymiarze wielu kilogramów, a jakakolwiek zmiana obiektywu wiąże się z rozkładaniem sporego kramiku na ziemi, ławce lub innym znacznie gorszym miejscu. Zdecydowanie nie o to mi chodziło – uprawiam fotografię podróżną, w której zależy mi na posiadaniu aparatu zawsze ze sobą – aparatu a nie studia fotograficznego. Nie do pominięcia jest również fakt, że zaczęło po prostu mi się nie chcieć nosić tych wszystkich kilogramów na plecach – starość nie radość.
Skąd pomysł na bezlusterkowca? Zrobiłem sobie porządny „rachunek sumienia” co do moich potrzeb. Wyszło to mniej więcej tak – potrzebowałem aparatu, który będzie przede wszystkim podręczny, będę go mógł zabrać praktycznie w każdą podróż – od wakacyjnych wojaży po krótki wypad rowerowy. Oczywiście aparat musi oferować bardzo dobrą jakość zdjęć – co praktycznie przekłada się na porządną matrycę (tutaj mentalnie nie byłem w stanie zejść poniżej APS-C) oraz dobry i szybki autofocus.  Reszta to szkła – no właśnie, bo aparat ma mieć wymienną optykę, małą i poręczną ale jednak wymienną. Sumując te wymogi oczywiście wyszło bardzo szybko, że potrzebuję bezlusterkowaca – gatunku, o którego istnieniu jeszcze dwa lata temu w zasadzie nie wiedziałem.
Na tym etapie zaczęły się schody, bo okazało się, że rynek jest dość spory a wybór nie będzie łatwy – szczególnie, że w pojawiło się jeszcze jedno kryterium – cena, a raczej zasada, że większość wartości powinna być ulokowana w szkle a nie w samym „body”.  Po analizie rynku wybór w zasadzie ograniczył się do Fuji, Olympusa oraz Sony – wszystkie posiadały body o bardzo przyzwoitych parametrach oraz szeroki wybór szkieł – zarówno bardzo amatorskich jak i tych ze zdecydowanie wyższej półki.
Niestety wyboru nie byłem w stanie dokonać tylko i wyłącznie na podstawie parametrów – zdecydowałem się, że tym razem jednym z głównych kryteriów wyboru będą próby kontaktu bezpośredniego – po prostu postanowiłem „pomacać” każdy z wybranych modeli. Na podstawie testów oraz innych kryteriów Sony (a dokładnie model A6000) plasował się w czołówce – a po testach bezpośrednich stał się bezsprzecznym liderem. Pomimo chodzących po sieci pogłosek o tym, że lada chwila Sony ogłosi jego następcę wyposażonego w kilka fajnych dodatków – postanowiłem nie czekać (szczególnie, że za wyrażoną wyżej regułą – wymiana „body” nie będzie kosztowo bolesna).
A więc – stałem się posiadaczem Sony Alpha 6000, wyposażonego w „kitowy” obiektyw SEL 16-50 f/3.5-5.6 PZ OSS. Zachowawczy wybór takiego obiektywu (który jak na swoją kitowość prezentuje całkiem niezłe parametry optyczne) był podyktowany chęcią zweryfikowania całego pomysłu bez inwestycji w mocniejsze szkło na dzień dobry.

Już w pierwszych dniach wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Sam byłem mocno zdziwiony ile fotograficznej radości potrafi przyprawić taka mała „zabawka”. Ale do rzeczy… A6K wyposażony jest w absolutnie fenomenalną matrycę APS-C 24Mpix (co potwierdza, że Sony zostawiło wszystkich innych producentów matryc bardzo, bardzo daleko). Według testów DxO ma ona rozpiętość tonalną wynoszącą ponad 13 EV, prezentuje bardzo przyzwoity poziom szumów (a praktycznie jego brak zakresie do ISO 400) oraz jest ISO-less (tak, tak, Canon tego nie umie nadal zrobić…). Co więcej, ma wbudowanych ponad 190 elementów fazowego systemu AF, które pokrywają 95% kadru…. Nie będę się rozpisywał o ergonomii wykonania samego aparatu, bo to można przeczytać w pierwszym lepszym teście. Z walorów użytkowych dla mnie ogromne znacznie ma elektroniczny EVF zbudowany w technologii OLED działający praktycznie bez opóźnienia – rzeczywiście przy takich parametrach nie odbiega on praktycznie używalnością od wizjera optycznego.
Przeciwstawiając te parametry (oraz niezłe parametry kitowego obiektywu) wielkości całego sprzętu – mój wybór wydaje się być absolutnie optymalnym. Myślę, że  więcej będę w stanie o tym powiedzieć po znacznie dłuższym czasie, tym nie mniej już widzę, że fotografowanie takim „czyś” też może sprawiać bardzo dużo frajdy – zarówno w samym użytkowaniu i możliwościach posiadania aparatu ze sobą w każdej sytuacji jak i w obróbce zdjęć (oczywiście RAW – przy takiej matrycy używanie JPG’a to taka terochę zbrodnia).
Jedna sprawa na minus – A6K cierpi na ten sam problem co większość bezlusterkowców – prądożerność. W porównaniu do lustrzanki muszę się przyzwyczaić do posiadania zapasowego akumulatora (oczywiście w wypadku jakiś większych wypraw).

Gwoli wyjaśnienia – nie pozbywam się Canon’a. Pozostanie wyłącznie z długim szkłem do spottingu i jakiś specyficznych sytuacji.

Obecnie A6000 zastąpił nowy model A6300 a potem A6500 wraz z zestawem nowych obiektywów.

2 Odpowiedzi do “Bez lustra”

Dodaj komentarz