Od dawna świerzbiły mnie ręce, żeby popełnić ten tekst. Jako, że wszystkie obliczenia wskazują na to, że właśnie mija 10 lat mojego „bycia spotterem” nie dało się sprawy już dłużej odkładać.

10 lat to kupa czasu – pomyślałem sobie więc, że warto przyjrzeć się temu wszystkiemu co się wydarzyło z tej dłuższej perspektywy. Na pewno nie będzie to tekst o podziałach czy dziwnych zwyczajach panujących w tak zwanym środowisku – jest to rzecz zupełnie normalna (o ile można w ten sposób powiedzieć) w każdym środowisku hobbystycznym, w którym występuje rywalizacja (nie sądzę by były takie, w których rywalizacji nie ma). Będzie to zdecydowanie moja osobista historia, oraz moje osobiste przemyślenia, które wcale nie muszą w jakikolwiek sposób odnosić się do kogokolwiek innego. Tak więc, to nie poradnik, ostrzeżenie czy zachęta. To tylko i wyłącznie osobiste podsumowanie.

Zawsze lubiłem fotografować. Aparat towarzyszył mi od dzieciństwa – poczynając od najprostszej Smieny Symbol – z której każde udane zdjęcie było pokaźnym sukcesem poprzez szereg aparatów analogowych (włączając w to moją pierwszą lustrzankę – Zenit E) a potem cyfrowych. Co ważne dla tej historii – nigdy na poważnie nie interesowałem się lotnictwem jako takim. Oczywiście sklejałem modele, które potem w jedną noc kotka zamieniła w pobojowisko, interesowałem się tym jak to lata – ale w stopniu zdecydowanie nie większym, niż innymi dziedzinami techniki. Jakieś 10 lat temu, trochę przez przypadek zacząłem fotografować samoloty. Zaczęło się od jednego, dwóch, trzech. Potem próby nawiązania kontaktu z innymi (okazało się, że nie jestem sam), którzy fotografowali tak jak ja i wyglądało na to, że znają się na tym zdecydowanie lepiej. Wtedy to właśnie nastąpiło pierwsze zderzenie z brutalną rzeczywistością – zdjęcia, które robiłem nie nadawały się do niczego, choć tak usilnie starałem się stosować do wyuczonych zasad podziału kadru oraz w jak najlepszy sposób oddać klimat tego co widziałem… NIE! Szybko okazało się, że samolotów się tak nie fotografuje. Samoloty fotografuje się trochę tak jak jedzenie – najlepiej, żeby poza obiektem w kadrze było tak mało otoczenia jak to możliwe, a wszystkie zasady podziału kadru należało zakopać głęboko w niepamięci.

Tak zaczęło się to hobby. Poznałem coraz więcej ludzi, również tych, którzy, z czasem, chętnie dzielili się uwagami i doświadczeniem. Chciałem być taki jak oni. Chciałem robić tak samo dobre zdjęcia – choć wszyscy znajomi mówili, że są jakieś dziwne – takie trochę monotonne. Wpadłem. Stałem się zbieraczem znaczków – teraz z tej perspektywy uważam, że to bardzo dobre porównanie. Wszystkie znaczki są takie same (przepraszam filatelistów za to brutalne określenie) a mimo to chcemy mieć ich więcej i więcej. Szybko okazało się, że można zdobyć też czarne kruki – i to najlepiej tak, aby inni dowiedzieli się o nich dopiero po fakcie. Smutne? – nie, normalne. Nie mieliście tak? – Nie wierzę.

Mijał czas, byłem w te klocki coraz lepszy. Stałem się rozpoznawalny. Prawie, że celebryta. Im więcej robiłem zdjęć na lotnisku tym mniej robiłem zdjęć jakichkolwiek innych. To strasznie smutne – kiedy przeglądając archiwum bez problemu znajduję ponad roczne okresy, w których poza samolotami nie zrobiłem żadnego innego zdjęcia (pomijając imprezowe kotlety oczywiście). Co jeszcze smutniejsze, kiedy popatrzy się na te nieliczne wyjątki – nie mają one już nic wspólnego z tymi zdjęciami, które robiłem kiedyś. Wyglądają zupełnie jak samoloty, choć przedstawiają coś zupełnie innego.

I tak sobie gonitwa za króliczkiem trwała. Z czasem zacząłem utożsamiać pojęcie „zdjęcie” z „samolot” a wypad na zdjęcia jednoznacznie kojarzył się z kilkugodzinnym postojem pod płotem. Najgorsze jest to, że zdjęcia były coraz lepsze tylko technicznie – lepszy sprzęt, nowsze oprogramowanie. Motywy były zawsze te same – w końcu samolot obciąć można jednak na skończoną ilość sposobów, nawet jak się bardzo stara.

Siedząc sobie ostatnio z aparatem na przełęczy pod Świnicą – poczułem się nagle jak te 10 lat temu. Od bardzo, ale to bardzo dawna zdjęcia nie dały mi tyle radości. Takiej prostej radości z uwiecznienia tego czego język nie będzie umiał opisać. Może jednak fotograf we mnie nie umarł. Może go nie udusiłem… Pewnie to on wtedy przycisnął mnie do ściany i zmusił abym w końcu skończył ten tekst – zdecydowanie bardziej dla mnie samego niż dla Ciebie drogi Czytelniku. Chyba nigdy poważnie nie zastanowiłem się nad tym, ile zdjęć straciłem, ile miejsc już nie ma, ile rzeczy mogłem sfotografować – gdyby chociaż część czasu jaki przestałem pod płotem poświęcić na ocalenie od śmierci głodowej zakopanego gdzieś głęboko w umyśle fotografa.

Niewiarygodnie bardzo zazdroszczę tym kilku kolegom (choć chyba żadnego nie znam osobiście) którzy potrafią uprawiać fotografię lotniczą, która ze spottingiem ma mniej więcej tyle wspólnego co malowanie obrazów z kolekcjonowaniem albumów ze sztuką. Nawet kiedyś chciałem spróbować podejść do zdjęć na lotnisku w inny sposób – nic z tego. Za mało we mnie artysty, za bardzo kadr spotterski wyrył się w świadomości. Jednym słowem w tej dziedzinie już nic ze mnie nie będzie – i może dobrze, bo tutaj nadzieja była by przysłowiową matką głupich.

Jeżeli dalej to czytasz drogi Czytelniku – to pewnie zastanawiasz się po co ten tekst. Zdecydowanie nie dla przestrogi ani pouczenia. Każdy jest kowalem własnego hobby. Chciałem raczej podzielić się myślami, które od dawna chodziły mi po głowie oraz wyrazić to, że nie wszystko co z zewnątrz wygląda pięknie – jest tak jednoznacznie piękne i proste. A może masz tak samo? A może sobie pomyślisz – „jak dobrze, że ja tak nie mam”.

Co dalej? Pewnie niewiele. Postaram się więcej poświęcić czasu podduszonemu fotografowi, postaram się mniej bywać na lotnisku. Postaram się mniej gonić za czarnymi krukami. Postaram. Pewnie dalej będę oceniał zdjęcia spotterów w galeriach, pewnie czasami złapię się na myśli „ale świetne zdjęcie – ale przecież ten kadr się nie nadaje na galerię…”. Pewnie dalej na forum będę odpisywał „przytnij o 20 pikseli z lewej strony” albo „obróć o pół stopnia w lewo”.  Pewnie postaram się zrobić dobre zdjęcia nie tylko w czasie wakacji.

Co z tego będzie? Mam nadzieję, że ten blog będzie świadkiem zwycięstwa lub klęski. Czas pokaże…

Ciąg dalszy: Fotografuj i dobij w sobie spottera

Jedna odpowiedź do “Zostań spotterem i zabij w sobie fotografa”

Dodaj komentarz