Kilkanaście dni temu pisałem, że nie będę publikował recenzji Sony A7RIII, bo w sieci jest ich bez liku – w końcu to puszka, która ma już ponad rok. Jednakże po tych kilkunastu dniach użytkowania postanowiłem, że w kontekście moich poprzednich przemyśleń warto może napisać kilka słów. Nie będzie to typowa recenzja – postaram się jedynie odnieść do niektórych spraw, o których pisałem już wcześniej, zarówno w recenzjach puszek serii A6xxx jak i ogólnie systemu bezlusterkowego.

Wypada zacząć od rozmiarów. Przesiadka na system bezlusterkowy, w moim wypadku, związana była z rozmiarem samego body oraz systemu. Trzeba powiedzieć, że wejście w pełną klatkę w porównaniu do APS-C nieco tę ideę burzy – system nie jest już tak fenomenalnie kompaktowy. Coś za coś. Jednakże znamienne jest to, co ostatnio powiedział mój kolega, posiadacz niezłej klasy lustrzanki FF, kiedy pokazałem mu A7RIII: pierwsze co usłyszałem to „o jakie to małe”… Tak więc wszystko jest względne. Trzeba przyznać, że większe body (szczególnie z dłuższym szkłem) trzyma się fantastycznie, ale też schowanie tego pod kurtkę jeszcze ujdzie ale „do kieszeni” stanowczo się już nie da. Tak więc, przy okazji najbliższej podróży, będę musiał wypracować jakiś system trzymania aparatu – bo jak już pisałem, pewnie cały dzień z aparatem w ręce w tym wydaniu może być męczący. Mam pewien pomysł – Peak Design zapewne przyjdzie mi z pomocą. Co ciekawe – puszka z 24-105 w dalszym ciągu mieści się do LowePro Slingshot Edge, tak więc mój miejski plecak nie pójdzie na straty. Oczywiście w większym Flipside Trek wszystko mieści się nadal doskonale – przynajmniej po plecaku mniej hula wiatr 😉

No to skoro na początku było trochę dziegciu, to teraz będzie miód… Ergonomia. To była ta sprawa, na którą bardzo narzekałem (może niespecjalnie wyraźnie w moich „recenzjach”) we wszystkich puszkach serii A6x00. Nie bardzo wiem jak jest we wcześniejszych generacjach serii A7, ale w R3 jest na prawdę fantastycznie. Co prawda menu w dalszym ciągu jest koszmarnie skomplikowane i niespecjalnie logicznie ułożone, ale za to można już tworzyć własne zakładki oraz przypisać praktycznie każdą funkcjonalność do dowolnego przycisku na body. Do tego – joystick na tylnej ściance, pokrętła pod spustem i z tyłu (znowu można sobie przypisać co się podoba), pokrętło korekcji ekspozycji i przycisk nagrywania video w końcu w normalnym miejscu – to wszystko sprawia, że tego body używa się na prawdę fantastycznie. Praktycznie niczego nie trzeba robić przy pomocy menu. Dodatkowo poprawnie działa funkcja „dynamicznego” wyłączania tylnego LCD, której brak, a w zasadzie niepoprawne działania, potrafiło doprowadzić mnie do szewskiej pasji w wypadku A6x00. Sprawniej działa również ekran dotykowy jako touch-pad do wyboru punktu AF. W A6500 specjalnie mi jego „lagowanie” nie przeszkadzało, tym nie mniej, tutaj jest znacznie płynniej. Strach się bać, jak to działa w Canonie – bo tam ponoć ekran dotykowy to arcydzieło. Oczywiście wolałem EVF znajdujący się po lewej stronie A6x00 (w stylu aparatów rangefinder) niż umieszczony w A7 centralnie, wzorem lustrzanek. Ale, też muszę przyznać, że nie robi to jakiejś zasadniczej zmiany, poza tą że jako touch-pada mogę używać tylko prawej strony ekranu LCD.

Niespecjalnie dużo będę na razie pisał o jakości tego co „wychodzi” z tej puszki. W dalszym ciągu mnie to nieco onieśmiela. W końcu jest to ponoć najlepsza dostępna obecnie na rynku matryca FF. Używam tylko ISO 100 i 640, bo to dwie wartości bazowe (matryca oczywiście jest dual-gain) a całym pozostałym zakresie matryca jest całkowicie iso-less, więc wszystko można uzyskać z takim samym efektem w post-procesie. Na razie większość zdjęć robiłem na ISO 640 i to co dostaję, bez zawahania, mogę powiedzieć, że jest czystsze od ISO 100 z A6500 (choć to pewnie subiektywne wrażenie). O ISO 100 już nie mówię, bo tam obrazek wychodzi tak czysty, że aż się chce dodać trochę szumu w obróbce, tylko po to, żeby potem mieć satysfakcję z jego usunięcia 🙂 Muszę powiedzieć, że jestem również bardzo zadowolony z tego co na pełnej klatce pokazuje mój FE 70-300 f/4.5-5.6 G OSS. Nie da się ukryć, że na większych pikselach szkło to stanowczo dostało nowego życia, no i jednak płytsza głębia ostrości dodaje zdjęciom klimatu. Co do 24-104 to zapewne pojawi się na jego temat jakiś oddzielny wpis – więc na razie nie będę się tutaj specjalnie w tym temacie produkował.

Jeżeli chodzi to AF to nie mam żadnych zastrzeżeń. Widać jednakże, jak wysoko Sony stawia poprzeczkę w puszkach APS-C – w A7RIII działa on tak samo dobrze jak w moim A6500, ale też trudno powiedzieć, żeby robił to jakoś zasadniczo lepiej. Może po prostu moje fotografowanie nie wymaga aż tak wiele – ze śledzeniem samolotu, lokomotywy czy ustawieniem ostrości w lanszafcie nie ma żadnego problemu. Z resztą już od czasów A6300 AF praktycznie nie stanowił nigdy żadnego problemu – po prostu przyzwyczaiłem się, że niezawodnie trafia tam gdzie chcę i już.

Kolejna różnica to EVF i LCD. W A7RIII jest nowy EVF, o znacznie wyższej rozdzielczości (3,6 MPix). Oczywiście pomaga to przy zdjęciach, widać więcej szczegółów, kadr komponuje się łatwiej, choć warto znowu podkreślić, że to co było w A6500 też w zasadzie starczało. Za to LCD to zupełnie inna bajka. Wykonany w nowej technologii (znanej z ekranów telefonów Sony Xperia) posiada dodatkowe białe (obok RGB) piksele – co powoduje, że jest znacznie jaśniejszy i wyraźniejszy o tego co miałem w poprzednich puszkach. Można w końcu zdjęcia oglądać właśnie na LCD mając pewność, że jest ono ostre lub skopane. Dzięki funkcji automatycznego wyłączania i włączania wtedy kiedy potrzeba – znowu używam go do podglądu zdjęć i usuwania nieudanych, poruszonych itp. W A6x00 robiłem to wyłącznie przy użyciu EVF-a, co nie było bardzo wygodne a przede wszystkim głupio wyglądało 😉

Podsumowując – trudno, żebym nie był zadowolony. Po A7RIII (jak i zapewne pozostałych przedstawicielach serii A7) widać, że Sony traktuje je jako puszki dla rynku prosumer czy profesjonalnego, a że jest to już ich 3-cia generacja – wiele aspektów zostało bardzo dobrze dopracowanych. Dopiero działając taką puszką widać jak sporo wad posiadały te poprzednie – choć absolutnie nie zmieniam zdania, że były one bardzo, bardzo dobre. Po prostu A7 to inny poziom, od którego chyba już trochę odwykłem. Ale, jak wiadomo, do dobrego szybko się przyzwyczaja.

Niebawem wybieram się na nieco poważniejszą wyprawę, tak więc będzie to doskonała okazja, żeby cały nowy zestaw (a więc przede wszystkim nowe szkło FE 24-105 f/4 G OSS) w boju.


Aktualizacja – W ostatnich dniach FE 70-300 zastąpiło nowe szkło: FE 100-400 F/4.5-5.6 GM OSS.  O tej zmianie wkrótce…

3 Odpowiedzi do “Przygoda z A7RIII”

Dodaj komentarz