Choć mogło by się wydawać, że po dwóch kolejnych pobytach w Zermatt znam już wszystkie ścieżki, które są w zasięgu moich możliwości – to jednak to magiczne miejsce przyciągnęło mnie ponownie. Prawdę mówiąc, to nie wyobrażałem sobie tych wakacji bez powrotu pod Matterhorn. Podróżując z Chorwacji w zasadzie codziennie sprawdzałem prognozę pogody dla doliny Matter i każdego dnia to czego nie spodziewałem się w najśmielszych oczekiwaniach zaczynało przybierać całkiem realnego kształtu – wyglądało na to, że czekają mnie pełne cztery dni pięknej słonecznej pogody…

Aklimatyzacja na Gornergrat

Pierwszego dnia postanowiłem powtórzyć moją pierwszą trasę jaką kiedykolwiek tutaj odbyłem – a więc wjechać kolejką na Gornergrat i w ramach aklimatyzacji zejść do Zermatt. Przy okazji robiąc krótki wypad w kierunku Hohtälli. To co uderzyło mnie od razu to ilość turystów – było ich znacznie więcej niż rok i dwa lata wcześniej. Oczywiście jak to w Zermatt absolutnie dominowali goście z Japonii zorganizowani w pokaźne grupki. Jako, że zejście poszło mi bardzo dobrze po drodze postanowiłem odwiedzić  przełom rzeki Gornera zwany Gorner Gorge.

Hörnli

Tego dnia, zgodnie z prognozami, rano obudziło mnie piękne poranne słońce i zupełnie bezchmurna pogoda. Plan był prosty – wjeżdżam na Klein Matterhorn, zjeżdżam do Schwarzee skąd rozpoczynam wspinaczkę do Hörnlihutte – czyli miejsca startu wypraw na Matterhorn granią Hörnli. Bardzo mi zależało na tej wyprawie (nie udało mi się w zeszłym roku ze względu na stan kolan) – wszakże jest to najwyżej i najbliżej położone miejsce na Matterhornie osiągalne dla przeciętnego turysty – takiego jak ja. Samym wejściem byłem zachwycony, trasa jest widokowa i miejscami średnio-trudna – na szczęście zainstalowane są pomoce w postaci linek, pomostów a nawet metalowych schodów. Widok grani Hörnli z dołu robi ogromne wrażenie, nie mogłem odmówić sobie kilkudziesięciu minut przy kawie (tak Hörnlihutte to schronisko w którym jest też kawiarnia) i wpatrywaniu się w wiszące nad głową skały. Jako, że różnicę wysokości 600m udało mi się pokonać nawet nieco szybciej niż sugerowały tablice szlakowe – dlatego też, przy zejściu już nie musiałem się spieszyć a mogłem bardziej podziwiać piękne widoki – szczególnie na dolinę Zmutt, gdzie pozostały już tylko resztki dawnego lodowca Zmuttgletscher spływającego spod samego Matterhornu. Ze Schwarzee zszedłem już znaną mi trasą przez Furi.

Rothorn i Stelisee

Trzeciego dnia pogoda postanowiła ponownie się sprawdzić i znowu przywitał mnie bezchmurny i słoneczny poranek. Tego dnia chciałem wejść na Rothorn przechodząc obok jeziorek Stelisee – z tamtąd stanowczo roztacza się najpiękniejsza panorama Matterhornu. Wjechałem do Blauherd i ruszyłem w drogę – niestety stanowczo nie byłem sam. Miałem chwile kiedy zastanawiałem się, czy przypadkiem w nocy jakaś osobliwość w czasoprzestrzeni nie przeniosła mnie do Japonii 🙂 Warunki nie zawiodły – góra gór pięknie odbijała się w wodzie wraz z licznymi odbiciami oblegających brzegi Japończyków. Specjalnie długo nie czekając ruszyłem na Rothorn po drodze wstępując na kawę we Fluhalp. Poprzednio całą drogę odbyłem w mgle i chmurach za to w towarzystwie świstaków. Niestety tym razem świstaka nie dało się uświadczyć. Najwyraźniej postanowiły przeczekać natłok turystów głęboko w norach. Widoki z Rothornu oczywiście nie zawiodły.

Zmutt

Ostatniego dnia przy (a jakże) pięknej pogodzie postanowiłem dostać się do Schwarzee poprzez dolinę Zmutt, w której jeszcze nigdy wcześniej nie byłem. Tym razem jednak postanowiłem wjechać na e-bike’u. Rano udałem się do wypożyczalni i po kilku minutach w trasę wyruszyłem piękną maszyną klasy MTB/XC – znacznie lepszyą niż mój domowy Kross. Dolina Zmutt zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, przy okazji odkryłem, że zbiornik w niej znajdujący się nie jest elementem pojedynczej elektrowni wodnej a elementem systemu pomp, tłoczących wodę z całego rejonu Matterhornu dwie doliny dalej, gdzie znajduje się kompleks elektrowni wodnych o mocy 2000 MW! Muszę powiedzieć, że wjazd na te 2500m e-bike’em poszedł mi całkiem dobrze, jak na moje możliwości. Na górze miałem jeszcze prawie 2/3 baterii. Co prawda okazało się, że zjechać jest zdecydowanie trudniej niż wjechać – prędkość robi swoje, a jechać wolniej nie bardzo się da, bo rower po prostu ześlizguje się po kamieniach. Tym nie mniej ostatni dzień uważam za bardzo udany.

W ten to sposób zakończyłem tegoroczną wizytę w Zermatt i udałem się przez same centrum Alp do Insbrucka.

Jedna odpowiedź do “Pod Matterhornem 2019”

Dodaj komentarz