Czytając moje ostatnie wpisy a przede wszystkim wpis o Sony A1 oraz Quo Vadis można było się domyślać, że w mojej głowie kiełkuje myśl o tym, że nadchodzą zmiany. Jakoś w połowie zeszłego roku Canon ogłosił dwa nowe bezlusterkowce – EOS R5 i EOS R6 – będące kontunuacją linii lustrzanek serii 5D i 6D a jednocześnie będącymi znacznie ulepszonymi następacmi pierwszych modeli bezlusterkowych – czlyli EOS R i EOS RP. Choć specyfikacje już po ogłoszeniu były imponujące (przede wszystkim Canon reklamował możliwość rejestracji filmów 8K) to po tym jak pierwsze egzemplarze trafiły w ręce recenzentów – okazało się, że Canon bardzo mocno pracował nad odrobieniem pracy domowej i najwyraźniej zrozumiał, że bezluterkowce to jedyna rozsądna droga. W obliczu tych recenzji – tak jak pisałem, chodziły im po głowie pomysły, że w sumie chyba Canon znowu stał się dla mnie bardzo atrakcyjny.

Często jest tak, że potrzebny jest zapalnik. U mnie – okazał się nim, niespodziewany i nagły pobyt w szpitalu (i to wcale nie z powodu Covid’u). Kiedy trochę wydobrzałem i w zasadzie jedynym zajęciem było patrzenie się w sufit szpilalnej sali – okazało się, że mam dużo czasu na przemyślenia. Doszedłem do wniosku, że moja droga do świata bezluster zakończyła się i nadszedł czas na nowe odkrycia – a te jest w stanie zapewnić mi własnie Canon. Kilka dni po wyjściu ze szpitala sprzedałem całość sprzętu Sony i szybko stałem się właścicielem EOS’a R5 wraz z dwoma klasycznymi szkłami – RF 24-105 (czyli następcę EF 24-105 mk2) oraz RF 100-500 – odświeżoną i przedłużoną o 100mm wersją EF 100-400 mk2, którego posiadaczem byłem za czasów EOS’a 5Dmk3.

Nie chciał bym, żeby ta recenzja sprawiła wrażenie, że Sony to był zły sprzęt. Absolutnie nie – w dalszym ciągu uważam, że to własnie dzięki Sony świat bezluster jest w tym a nie innym miejscu. To z Sony przebyłem całą drogę, której w tym czasie nie byłbym w stanie przejść z żadną inną marką. To również innowacje zastosowane przez Sony zmusiły Canon’a i Nikona do poważnego podejścia do bezluster – choć obie firmy na początku bardzo silnie starały sie bronić pozycji swoich lustrzanek (co oczywiście można zrozumieć). Tak więc i ta recenzja będzie jednak odnosiła się w dalszym ciągu do Sony – bo oczywiście nie da się pominąć tej całej historii. A więc do dzieła…

Matryca – tutaj trzeba powiedzieć, że Canon dogonił, ale na pewno nie przegonił Sony (który jest w zasadzie jedynym producentem matryc dla wszystkich innych marek aparatów – wliczając w to Nikona). Matryca w R5 jest bardzo fajna (pierwsza matryca Canona wyposażona w mechanizm dual-gain znany z Sony od kiku lat). Tym nie mniej oczywiście nie można powiedzieć, że jest jakoś zasadniczo lepsza od tego do czego przyzwyczaił mnie A7R3 i A7R4. Z resztą trudno tu coś wymyślić więcej – dzisiejsze matryce osiągnęły parametry, które będzie cieżko przegonić bez jakiejś zasadniczej zmiany technologicznej. Oczywiście każdy z producentów aparatów ma swój przepis na składniki kolorowego filtra bayerowskiego na matrycy – a od tego zależy odwzorowanie koloru. Tutaj Canon jest liderem – choć za wcześniej abym mógł to jednoznacznie ocenić.

Body – jest trochę większe od A7R4 i wcale bym się nie obraził jeżeli było by mniejsze. Ale tutaj Canon musiał pójść na kompromis dla przenoszących się ze znacznie większych lustrzanek. Tym nie mniej szybko się przyzywczaiłem, aparat w dalszym ciągu bez problemu mieści się w plecaku. Oba obiektywy są w zasadzie takich zamych rozmiarów jak odpowiedniki jakie posiadałem do Sony – tak więc i tu nie ma rewolucji. No i teraz przechodzim do clue sprawy – R5-ka jest fantastycznie zaprojektowana. Choć na początku oczwiscie gubiłem sie w „przyciskologii” to już po kilku dniach całkowicie intuicyjnie potrafiłem posługiwać się wszystkimi „kontrolkami” w postaci 3 kółek regulacji, a także zestawu przycisków, które „magicznie” zawsze znajdują się pod palcem dokładnie wtedy kiedy potrzeba. Lata doświadczenia jednak robią swoje…

UI/Szybkość działania – no tutaj trzeba powiedzieć, że zaliczyłem „szczękę na ziemi”. Chyba Sony przyzwyczaiło mnie do tego, że aparat działał trochę jak komputer – to zaczy czasami trzeba było na coś poczekać. W R5 nigdy na nic nie trzeba czekać. Wszystko dzieje się natychmiast. Dodatkowo interfejs dotykowy tylnego ekranu (jak już kiedyś pisałem) jest fantastyczny i to co oferuje Sony nie dorasta do pięt. Najbardziej cieszy mnie możliwość objrzenia zdjęć od razu po ich wykonaniu – w wypadku serii (w Sony napis „BUSY” był w tym miejscu na porządku dziennym). Nie wiem jak to się dzieje, ale zdjęcia można ogladać zanim jeszcze zostaną zapisane na karcie. Oczywiśćie menu – choć w dalszym ciągu skomplikowane – ułożone jest jednak bardzo logicznie – w Sony zdarzało mi się szukać funkcji w menu ze 25 minut.

EVF – Choć R5 posiada EVF o dokładnie takiej samej rozdzielczości co A7R4 to w wypadku R5 cały czas działa on w pełej rozdzielczości. W wypadku Sony EVF działał w pełnej rozdzielczości tylko w trybie przeglądu zdjęć. W trakcie fotografowania niestety rozdzielczość była obniżana (nawet przy ustawieniu „High quality”) a dodatkowo spadała w trakcie pracy systemu AF. Różnica jest zasadnicza – o ile w Sony nauczyłem się robić zdjęcia w serii, żeby trafić w odpowiedni moment (na przykład dokładnie umieścić lokomotywę w „brameczce”) to w R5 jestem to w stanie zrobić pojedyńczym strzałem (kiedy miałem jeszcze lustrzankę zawsze starałem się na lotnisku robić zdjęcia „na jeden strzał” – bo to większa frajda jak się dobrze trafi).

Migawka – na początku myślałem, że moja R5-ka ma popsutą migawkę. Jest niesamowicie chicha i wydaje dziwięk zupełnie mi do tego czasu nieznany. To jest raczej „szum” niż dzwięk. Bardzo mi się podoba. Nieco gorzej jest z elektroniczną migawką – w R5 użycie elektronicznej migawki ogranicza odczyt do 12 bitów i wprowadza nieco więcej szumu. Co prawda zdjęcia seryjne w tym trybie wykonywane są z zawrotną prędkością 20 klatek na sekunę i to bez wygaszania wizjera (mega wrażenie) – to jednak w A7R4 elektroniczna migawka była nieco lepsza (zapewne wynika to jeszcze z niedopracowanej elekroniki w matrycy Canona) – przede wszystki zapewniała takie same parametry i szum jak migawka mechaniczna. Za to w R5 zdecydnowanie mniej widoczny jest efekt rolling-shutter – matryca odczytywana jest znacznie szybciej.

AF – Canon od zawsze (i to nie tylko w bezlusterkowcach ale i w nowszych lustrzankach w trybie Live-view) stosuje technolgie dual-pixel AF. Jest to system inny niż stosowany w matrycach produkowanych przez Sony i polega na tym, że wszystkie piksele na matrycy są podwójne – każdy z nich ma dwie soczewki, dzięki którym na każdym z pikseli można odczytać różnicę fazową docierającego światła. W R5 Canon doprowadził ten system do perfekcji. Do systemu AF używane są wszystkie piksele matrycy (46mpix) – co daje ponad 5900 stref AF. System działa natychmiast i jest bardzo celny. Przypuszczam, że działa podobnie do tego co oferuje Sony A9 czy A1 – bo A7R4 orłem w szybkości i dokładności AF nie był. Bardzo chwaliłem dostępny w Sony Real-Time Tracking. Canon też oferuje taki tryb i działa on równie dobrze – co było dla mnie zaskoczeniem – system doskonale śledzi obiekty, ludzi i zwierzęta. Byłem przekonany, że implementacja Sony nie ma sobie równych. A jendak.

Stablizacja – Canon R5 jest pierwszym body Canona wyposażonym w stabilizację matrycy połączoną ze stabilizacją w obiektywie. Canon twierdzi, że zestaw ten w wypadku wybranych szkieł zapewnia stabilizację na poziomie 8EV. No i muszę powiedzieć, że moje doświadczenia to potwierdzają. Jestem w stanie zrobić nie ruszone zdjęcie na 500mm przy czasie 1/10s. Kosmos. Co prawda błąd w oprogramowaniu obiektywu 100-500 na początku napsuł mi krwi na lotnisku (nieprawidłowo pracujący tryb stabilizacj „2”) jednakże po wgraniu poprawki wszystko jest fantasytcznie.

Oczywiście nie będe na razie pisał nic o filmowaniu – choć R5 pod tym względem jest małym potworem. Nagrywanie 8K RAW, 4K w 120fps i 12 bitach HDR to tylko drobna część jego możlwości. Dla mnie nadal terytorium nie odkryte …

Ktoś kiedyś pisał, że aparaty Sony projektują inżynierowie, którzy nigdy nie robili zdjęc 😉 Pewnie to nie prawda, ale przenosząc się na Canona chyba zrozumiałem o co chodzi. Fotografowanie R5-ką daje abslutnie fantastyczną dawkę radości. Aparat jest narzędziem, które umożliwa uprawianie fotografii w taki sposób, że zapomina się o tym, że ma się aparat, zapomina się o tym, że trzeba zastanowić się nad tym jak coś ustawić albo poczekać aż coś się „skończy robić”. Muszę powiedzieć, że Canon R5-ką udowodnił, że bezlustra traktuje już równie poważnie jak swoje lustrzanki, a może nawet poważniej – ta firma, znana z zachowawczości, tym razem pokazała, że potrafi dogonić króliczka, który jesczze niedawno wydawał się być bardzo daleko.

To chyba tyle na teraz. Obiektywom poświęcę oddzielny wpis – po tym jak popracuję z nimi trochę dłużej.

Aktualizacja 10.08.2021.
Najnowsze zdjęcia z R5: Cztery dni z Dolomitami, Wenecja z lotu ptaka

11 odpowiedzi na “Powrót do przeszłości”

  1. Zdążyłem zauważyć na kilku galeriach Twój nowy obiektyw Canona RF 100-500L i puszkę R5. Mógłbyś opisać wrażenia z przejściami tonalnymi bo jak wiadomo Canony zawsze w tym miały problem. Jakieś wady tego zestawu po ostatnich pokazach lotniczych może zauważyłeś ? Jak ma się ten zestaw do zdjęć lotniczych w porównaniu do tego co miałeś wcześniej ?

    1. Jeżeli chodzi o 100-500 to na razie nie znalazem żadnych wad. Szkło jest na prawdę fantastycznie ostre (o to już na najszerszych przesłonach w zasadzie na całej klatce). Jedyną „wadą” jest to, że przy konerterze 1.4x ogranicza się do zakresu 300-500 (czyli 420-700). AF bardzo szybki. Jeżeli chodzi o przejścia tonalne to chyba już zdecydowanie przeszłość w Canon’ach. Z resztą nie spotkałem się z tym problemem jakoś powszechnie. R5 ma zupełnie nową matrycę, która w końcu może konurować z Sony (czy Nikonem – choć to też Sony). Jeżeli chodzi o combo R5 i 100-500 na pokazy to jednak z w porówaniu z tym co miałem jest zdecydowanie lepiej. Głownie ze względu na fantastycznie szybki i celny AF w R5.

  2. Napisałeś, że inny jest (większy) szum przy migawce elektronicznej a inny przy mechanicznej, skoro to jest z tej samej matrycy, przy jednakowej ekspozycji, to z czego ta różnica może wynikać. Pytam o to dlatego, że większość zdjęć robię właśnie na migawce elektronicznej. Mechanicznej używam tylko w ustawieniach, które elektroniczną eliminują – czasy dłuższe od 0,5 s, ekspozycja wielokrotna, HDR.

    1. Przede wszystkim w pełni elektroniczna migawka (nie EFCS) w R5 powoduje spadek ilości bitów w RAW z 14 do 12. Na dzień dobry tracimy 2 EV dynamiki. Część szumu pochodzi nie z samej matrycy a układów odczytu – i ten jest wyższy w wypadku migawki w pełni elektronicznej o mniej więcej 0,5 EV.

      1. Czy ta różnica jest „minimalna”, czy też wyraźnie widoczna.
        Przyzwyczaiłem się do robienia na elektronicznej i jak przechodzę na mechaniczną, to jakoś mi to zupełnie nie pasuje.
        Ten dźwięk jest cichy i przyjemny, ale jednak coś tam „mlaszcze” i zwraca uwagę „widzów”.
        Na elektronicznej słyszę tylko przymykanie przysłony, o ile ma się przymknąć, jak pełen otwór to nic nie słychać.
        Może trzeba zrobić sobie taką próbę, dwa takie same ujęcia, na różnych migawkach, ale nie wiem czy zauważę różnicę?

  3. Zrobiłem dwa zdjęcia, aparat na statywie, zmieniłem tylko rodzaj migawki,
    pierwsze zdjęcie migawka elektroniczna, tryb Fv, ISO auto, czas auto, przysłona 4.
    Aparat dobrał ISO – 6400, czas 1/83 sek, wielkość pliku 25,3 MB, zapis w RAW.
    drugie zdjęcie zrobiłem 30 sekund później, tyle czasu zajęła mi zmiana trybu migawki na mechaniczną.
    Aparat dobrał ISO-5000, czas 1/64 sek, wielkość pliku 24,7 MB, zapis w RAW.
    Nie wiem na co teraz mam patrzyć, co porównywać, bo ja różnic nie widzę.
    Inne ISO, inna wielkość pliku, ale w jakości nie widzę różnic, może przy powiększeniu do A0 coś widać, nie wiem.
    Na pewno jest jak piszesz, ale może laik jak ja, nie musi się przejmować tym 0,5 EV różnicy

    1. Przy takich parametrach nie spodziewał bym się różnicy. Przy tak wysokich ISO z dynamiki zostaje już znacznie mniej, coś pewnie koło 5-6 EV – a to znaczy że szum jest już tak znaczący, że różnica pomiędzy elektroniczną i mechaniczną w zasadzie znika. Przy takim szumie różnica 12 czy 14 bitów też już nie ma znacznia (bo wystarczyło by 8).
      Ja pracuję na ISO 100-400, czasami 800 – w tych zakresach różnice w cieniach są znaczące.

  4. Bardzo dziękuję za rzeczowe, sensowne odpowiedzi. Jest grupa o sprzęcie Canona ale tam strach zapytać o cokolwiek, bo dominują w niej spece, których głównym zadaniem jest ośmieszanie pytającego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.